Bareja ma się dobrze Wyróżniony

Bareja ma się dobrze fot. Pixabay

„To jest butelka, do której dziedzicnalewał wódki i rozpijał nią pańszczyźnianych chłopów” – uświadamiała najmłodszych obywateli nauczycielka (w tej roli Emilia Krakowska) w niezapomnianym „Brunecie wieczorową porą”.

Stereotyp, że za nadużywanie alkoholu w Polsce odpowiadają konsumenci mocniejszych trunków, przeżyła Bareję.

O ile w epoce Gierka, kiedy kręcił on swoje komedie, taka teza była w pełni uprawniona, to dzisiaj jest anachronizmem. Jak pokazują badania, do szkodliwego spożycia w stopniu większym, niż wódka, przyczyniają się napoje o mniejszej zawartości alkoholu.

Wystarczy krótka informacja o przelicznikach zawartości alkoholu w różnych napojach z jego zawartością, by zorientować się, że nie istnieją żadne - mniej czy bardziej „zdrowe”. Otóż tzw. jednostka alkoholowa to w przybliżeniu 8 gram czystego alkoholu. Zaś taką jego ilość zawiera 25 mililitrów wódki (ćwierć tzw. literatki), 50 ml sherry, 125 ml lampka wina, 250 ml (pół dużego) piwa.

Tymczasem ostatnia „Polityka” bije na alarm: Polacy piją na potęgę, a to dlatego, że gromadnie biegną do sklepów 24h i raczą się małpkami.

Mniej zorientowanym podpowiem, że chodzi o butelki wódki o zawartości 100 ml. Tygodnik odkrywa, że małpka zawiera nieco więcej czystego alkoholu od butelki piwa, ale uspokaja: „Piwo dłużej się pije. Jest moczopędne”. Autor tekstu nie śmiał napisać tego wprost, lecz przesłanie (przynajmniej dla mnie) jest jasne: złocisty trunek tylko profan może kojarzyć z alkoholizmem, za to mniejszą butelkę mocniejszego alkoholu kupuje jedynie pijak. Podążając krętą logiką autora tekstu, im większą butelkę wódki ktoś kupuje, tym bliżej mu do ideału bezpiecznej konsumpcji.

Lubimy narzekać na peerelowskie prawo, a mimo to je konserwujemy. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości, przyjęta w stanie wojennym, była na owe czasy świetnym rozwiązaniem. Bo w owych, ponurych czasach Polacy wlewali w siebie litry wódki. Obecnie profil konsumpcji i sposób spożywania alkoholu diametralnie się zmienił, jednak i ustawa, i – co gorsza – filozofia podejścia do wychowania w trzeźwości pozostały te same.

Mamy więc do czynienia z utrwalaniem bardzo złych społecznych stereotypów. Że piwo to w zasadzie regenerujący napój, wino – trunek ludzi z klasą, whisky – napój bogaczy, a wódka w całej swej różnorodności to narzędzie diabła. Tymczasem każdy alkohol, spożywany w sposób nieodpowiedzialny, może być przyczyną tragedii. Reklamy piwa o tym milczą.

W listopadzie bardzo ciekawy raport ogłosił Instytut Jagielloński. Opracowanie to potwierdza, że zmienił się model spożycia napojów alkoholowych w Polsce, a opinia, że napoje o mniejszej zawartości alkoholu spożywane są w sposób bardziej odpowiedzialny, jest całkowicie błędna.

Raport Instytutu Jagiellońskiego pokazuje, że 30% wszystkich alkoholi, spożywanych w sposób szkodliwy, stanowi wódka, ale aż 48% piwo, a 22% wino. Jasne, podpierający płoty menel raczy się mocnym piwem (czy raczej „piwem”, bo ten napój niewiele ma wspólnego z trunkiem, który udaje) czy małpką najtańszej wódki. Ale już alkoholik zamożniejszy (a takich nie brakuje) może sobie pozwolić na drogie wino czy rzemieślnicze piwa. Możemy udawać, że choroba alkoholowa dotyczy ludzi nieradzących sobie w życiu i najuboższych – ale po co się okłamywać?
O społecznej polityce wobec alkoholu należy dyskutować. Ale nie wzorem małpek, z których jedna zasłania sobie oczy, druga uszy, trzecia usta. Powinna być to rzetelna dyskusja, a nie wskazywanie, który alkohol jest mniej, a który bardziej szkodliwy. Bo szkodliwość związana jest z kulturą picia, nie z tym, co się pije.

Powrót na górę

Mapa strony

Biznesciti.com

O biznesie

Przydatne linki

O nas